Bond schyłku dziewiątej dekady icon

Bond schyłku dziewiątej dekady



НазваниеBond schyłku dziewiątej dekady
страница1/11
Дата конвертации27.08.2012
Размер0.67 Mb.
ТипДокументы
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11
1. /Fleming Ian - Diamenty sе wieczne.docBond schyłku dziewiątej dekady

BOND

SCHYŁKU DZIEWIĄTEJ DEKADY


JAMES BOND, czołowy bohater zachodniej kultury masowej, zrodzony pod piórem angielskiego majstra Iana Fleminga, a spopularyzowany przez całą serię filmowych super widowisk, nadal sobie żyje, choć różnie już bywa z jego zdrowiem. Inne dziś są czasy, inne potrzeby publiczności, inni autorzy sensacyjnych opowiastek na tapecie. Cokolwiek by jednak powiedzieć, mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem potężnym, o zasięgu trudno wyobrażalnym u nas, dokąd zresztą super agent królewskiej secret service, jak dotąd nie dotarł. Zjawiskiem o charakterze komercyjnym, a nawet politycznym, które powołało do życia ruch zwany "bondologią", analizujący niezwykły sukces tej postaci, zamieszkałej w wyobraźni milionów. Skoro się jednak pragnie zrozumieć pewne kierunki w zachodniej pop-kulturze, nie można bez końca tylko czytać komentarzy z drugiej i trzeciej ręki. James Bond jeszcze dziś potrafi fascynować, a już dawno wyjęto mu z kieszeni antykomunistyczny bagnet. W polskiej literaturze krytycznej istnieje zresztą tekst, omawiający rzetelnie ewolucję tej postaci i całe zjawisko - i do niego odsyłamy co bardziej dociekliwych Czytelników. Jest to szkic Krzysztofa Teodora Toeplitza James Bond i bondologia, pomieszczony w jego książce Akyrema.

My możemy się ograniczyć do kilku faktów. Twórcą postaci był nie żyjący już Ian Fleming, który po burzliwym życiu (m.in. podczas II wojny światowej był komandorem w wywiadzie morskim), postanowił zabawić się pisaniem powieści szpiegowskich. Napisał ich trzynaście, a debiutował utworem Casino Royale w 1952 r. Powieści, mówiąc szczerze, nie są najwyższego literackiego lotu, a sam autor miał przed śmiercią powiedzieć po prostu: Wszystko to było przecież niesłychanym żartem. Żart był żartem do momentu, kiedy postać Jamesa Bonda 007 przechwycili w swe ręce producenci filmowi. Agent, który zajmował się demaskowaniem wrogów, miłosnymi podbojami, z każdej sytuacji wychodząc obronną ręką, został wprowadzony w olśniewający świat technologicznej bajki o rodowodzie komiksowym. Niezwyciężony i nieustraszony bohater, postać której kule się nie imały, począł działać w scenerii wymyślnej, fantastycznej, widowiskowej, w której rozmach techniczny szedł o lepsze z awanturniczymi pomysłami na gigantyczną skalę. Wszystko to oczywiście już istniało w thrillerach Fleminga, jednak w filmowych wersjach nabrało nowego, naocznego, spektakularnego wymiaru. James Bond 007 rozpoczął inne życie, a jego luksusowe wędrówki po całym świecie i nieprawdopodobne przygody, odbywać się zaczęły w rzeczywistości do końca wyimaginowanej. W której główną atrakcją - jak napisał pewien krytyk - stał się cyrk przedmiotów mechanicznych.


I choć fala handlowego bondyzmu (reklama ubiorów, marek samochodów itp.) przeszła nieodwołalnie do przeszłości, filmy i powieści z Jamesem Bondem nadal kuszą masową pub­liczność. Próbuje się tutaj narkotyzować wszy­stkich (gdyż Bond jest dla wszystkich) miraża­mi łatwej dostępności wszelkich pokus i ułudą najprostszej rozrywki. Identyfikując się z nim czytelnik i widz „ulatują" z tego świata w do­menę dziecinnych marzeń, rozsnuwanych jed­nak na „dorosłym" tle światowych zagrożeń. Realne groźby rozwiązuje się przy pomocy utopijnych poczynań, a niewiarygodność sąsia­duje tu z komiksową przejrzystością. Bond odpowiada na pragnienie totalnej przygody, ale przygody w realiach kosmodromu. Bo wie­czna jest tęsknota za bohaterem działającym poza granicami normalnych, ludzkich możli­wości, którego pokonać nie sposób. Bond przedstawia się wrogom po prostu: jestem Ja­mes Bond i wychodzi naprzeciw.

Emocje są natury sportowej, tyle że zwycięz­ca tylko jeden. Proste? - proste, ale trzeba wpierw uwieść owe emocje i wyobraźnię ludzi.

(Km).

IAN FLEMING


DIAMENTY

SĄ WIECZNE


1. SZLAK PRZERZUTOWY: OTWARCIE


Z wyciągniętymi do przodu jak ramiona zapaśnika dwoma kleszczami bojowymi wielki skorpion pandinus wyłonił się z cichym szelestem ze swej ukrytej pod kamieniem norki rozmiaru palca.

Przed jej wylotem rozpościerał się niewielki twardy i płaski placyk: skorpion stanął w jego środku na czubkach swych ośmiu kończyn, gotów do natychmiastowego odwrotu, a jego zmysły rejestrowały najdrobniejsze drgania, które miały za­decydować o następnym ruchu.

Przebłyskujący przez gęstwę kolczastych gałęzi blask księ­życa krzesał szafirowe lśnienia z twardego, połyskującego twardo pancerza okrywającego sześciocalowe ciało, i migotał słabo na wilgotnym żądle sterczącym z ostatniego segmentu wygiętego teraz równolegle do grzbietu ogona.

Powoli żądło wsunęło się na powrót w swą pochwę i rozluź­niły się nerwy komory jadowej u jej podstawy. Skorpion podjął decyzję. Żarłoczność przemogła lęk.

W odległości dwunastu cali, u stóp stromego piaszczystego wzgórka, mały żuk skupiał całą swą uwagę na przepychaniu się naprzód, ku lepszym pastwiskom niż te, jakie znalazł pod ciernistym krzewem. Błyskawiczny atak skorpiona nie dał mu czasu na rozpostarcie skrzydeł. Rozpaczliwie machał kończynami, gdy ostre kleszcze zamknęły się wokół jego tułowia, a żądło zatonęło w ciele. Zginął natychmiast.

Zabiwszy żuka skorpion stał nieruchomo przez prawie pięć minut. W tym czasie analizował naturę ofiary, a także ponow­nie szukał niebezpiecznych wibracji na ziemi i w powietrzu. Uspokojony, wyrwał swój kleszcz bojowy z na pół przeciętego żuka i wraził w ciało zdobyczy szczypce pokarmowe. Potem przez godzinę z ogromną łapczywością pożerał łup.

Wielki kolczasty krzew, pod którym skorpion zabił żuka, był dobrze widocznym punktem orientacyjnym na wielkiej połaci veldu rozciągniętej jakieś czterdzieści mil od Kissidougou, w południowo-zachodnim zakątku Gwinei Francuskiej. Wzgórza i dżungla otaczały horyzont ze wszystkich stron, ale tu, na obszarze dwudziestu mil kwadratowych, rozciągała się niemal kamienna pustynia i ze wszystkich tropikalnych zaro­śli tylko ten jeden krzew - może dzięki wodzie skrytej gdzieś głęboko pod korzeniami - osiągnął wysokość domu i był widoczny z odległości wielu mil.

Rósł ów krzew mniej więcej na styku trzech afrykańskich państw: wprawdzie na ziemiach Gwinei Francuskiej, ale tylko dziesięć mil na północ od Liberii i pięć mil na wschód od granicy Sierra Leone. Za tą właśnie granicą znajdują się otaczające Sefadu wielkie kopalnie diamentów, stanowiące własność spółki Sierra International. Ta z kolei jest jednym z ogniw potężnego imperium wydobywczego Africa Interna­tional - skarbca Wspólnoty Brytyjskiej.

Godzinę wcześniej skorpiona siedzącego w swej jamce wśród korzeni krzewu zaalarmowały drgania dwojakiego rodzaju. Pierwsze spowodowane były cichymi szmerami węd­rującego żuka - te bezzwłocznie rozpoznał i zidentyfikował. Lecz potem nastąpiła seria niepojętych łomotów wokół cierniowca i wreszcie potężny wstrząs, od którego zapadła się część norki. Od tego momentu grunt począł drgać lekko i rytmicznie, i drgania te były tak regularne, że wnet stały się czymś naturalnym i nie dawały powodu do niepokoju. Po chwili powróciły szmery powodowane przez żuka i głód po całym dniu ukrywania się przed najbardziej śmiertelnym z wrogów, słońcem, kazał na koniec zapomnieć skorpionowi o tych drugich odgłosach i wygnał go z jamki w sączące się z góry światło księżyca.

I teraz, gdy niespiesznie wysysał ze swych szczypców pokarmowych ostatnie strzępy ciała żuka, dobiegł z dala sygnał zwiastujący jego własną śmierć - był słyszalny dla ludzkiego ucha, ale zbudowany z drgań tkwiących poza spektrum wibracji dostępnych zmysłom skorpiona.

W odległości kilku stóp ciężka gruba dłoń o obgryzionych paznokciach cicho uniosła kanciasty kawałek skały.

Nie było żadnego hałasu, ale skorpion poczuł nad sobą minimalne zawirowanie powietrza. W okamgnieniu uniosły się w górę gotowe do akcji kleszcze bojowe, mierzył do uderzenia kolec na końcu wyprężonego ogona, krótkowzrocz­ne zaś oczy wypatrywały nieprzyjaciela.

Ciężki kamień runął w dół.

- Czarny skurwysyn.

Człowiek patrzył na wijącego się w agonii owada.

Potem ziewnął. Podniósł się na kolana i chroniąc głowę ramionami wykaraskał się z piaszczystego wgłębienia pod cierniowcem, gdzie wsparty o pień spędził ubiegłe dwie godziny.

Szum maszyny, na którą czekał i która podpisała wyrok śmierci na skorpiona, był coraz głośniejszy. Stojąc i patrząc w niebo, człowiek widział tylko pałubiasty czarny kształt przybliżający się doń szybko od wschodu; przez moment światło księżyca zamigotało na wirujących łopatach śmigła.

Człowiek obtarł dłonie o swe brudne szorty koloru khaki i pospiesznie okrążywszy cierniowiec podszedł do miejsca, gdzie wyzierało się z ukrycia koło obtłuczonego motocykla. Poniżej siodełka wisiały przyczepione z obydwu stron skórza­ne skrzynki narzędziowe. Z jednej z nich wydobył ciężki pakunek i wsunął go za koszulę. Z drugiej wyciągnął cztery tanie latarki elektryczne i niosąc je w dłoniach ruszył ku miejscu, gdzie - pięćdziesiąt jardów od cierniowca - rozciągała się pusta płaska połać ziemi wielkości kortu tenisowego. W trzech rogach lądowiska wkręcił w ziemię zapalone latarki, z ostatnią zaś, również włączoną, zajął miejsce w czwartym rogu. Czekał.

Helikopter - lecący ledwie sto stóp nad ziemią - przybliżał się doń niespiesznie z obracającymi się coraz wolniej śmigła­mi. Przypominał olbrzymiego nieforemnego owada. Człowie­kowi na ziemi zdawało się jak zwykle, że czyni za wiele hałasu.

Obniżywszy nieco lot helikopter zastygł wprost nad jego głową. Z kabiny wyłoniło się ramię, rozbłysła latarka. Nadała kropkę-kreskę. A w alfabecie Morse'a.

Człowiek na ziemi nadał w odpowiedzi B i C. Wcisnął w grunt czwartą latarkę i zasłaniając dłonią oczy przed kłębami kurzawy odszedł na bok. Świst śmigieł niedostrzegal­nie obniżył tonację i helikopter osiadł miękko między cztere­ma latarkami. Silnik umilkł z kaszlnięciem, rotor na ogonie zawirował kilkakrotnie na luzie, śmigło główne obróciło się niezgrabnie parę razy i zastygło w miejscu.

Po chwili dość długiej, by mógł opaść kurz, pilot otworzył drzwiczki kabiny i spuściwszy na dół aluminiową drabinkę sztywno zlazł na ziemię. Czekał obok maszyny, gdy ten drugi obchodził lądowisko zbierając i gasząc latarki. Pilot spóźnił się o pół godziny i mierziła go perspektywa wysłuchiwania nieuniknionych narzekań. Gardził wszystkimi Afrykanerami, a tym ze szczególną mocą. Dla rdzennego Niemca i pilota Luftwaffe, który walczył pod Gallandem w obronie Rzeszy, Afrykanerzy byli rasą skundloną, cwaną i głupią. Jasne, robota tego ćwoka należała do ryzykownych, ale była niczym wobec przeprowadzenia helikoptera nocą pięćset mil nad dżunglą i jeszcze pokonania drogi powrotnej.

Kiedy tamten podszedł, pilot lekko uniósł dłoń w geście pozdrowienia.

- Wszystko w porządku?

- Miejmy nadzieje. Ale znowu się spóźniłeś. Dotrę do granicy dopiero o świcie.

- Nawalało magneto. Wszyscy mamy jakieś problemy. Dzięki Bogu, że w ciągu roku jest tylko trzynaście pełni. Dobra, więc jeśli masz towar, dawaj go, zatankujmy maszynę i już mnie nie ma.

Bez słowa mężczyzna z kopalni diamentów wyciągnął zza koszuli ciężki schludny pakunek.

Pilot wsunął go do ręki. Był mokry od potu przemytnika. Wsunął pakunek do bocznej kieszeni swe myśliwskiej bluzy, a potem wytarł dłoń o siedzenie szortów.

- Dobra - powiedział. Odwrócił się ku maszynie.

- Jedna chwileczka - rzekł przemytnik diamentów. W jego głosie pobrzmiewał jakiś posępny ton.

Pilot znów się odwrócił i omiótł go wzrokiem. „To głos sługusa - pomyślał - który się sprężył na tyle, żeby ponarze­kać na jedzenie”.

- Ja. O co chodzi?

- Robi się za gorąco. W kopalniach. Wcale mi się to nie podoba. Była ta szyszka z londyńskiego wywiadu. Czytałeś o nim. Facet nazwiskiem Sillitoe. Mówią, że został zatrudnio­ny przez Diamond Corporation. Wprowadzono masę nowych przepisów i wszystkie kary zostały podwojone. To wystraszy­ło kilku z moich mniej ważnych ludzi. Musiałem być bez­względny i, cóż, jeden z nich wpadł jakimś cudem do kruszar­ki. To trochę poprawiło dyscyplinę. Ale musiałem płacić więcej. Dziesięć procent extra. I wciąż nie są zadowoleni. Któregoś dnia ci faceci z bezpieczeństwa dopadną jednego z moich łączników. A znasz te czarne świnie. Nie są w stanie wytrzymać prawdziwej obróbki. - Rzucił szybkie spojrzenie w oczy pilota, a potem znowu odwrócił wzrok. - A jeśli już o to chodzi, nie wiem, czy ktokolwiek zdoła wytrzymać sjambok. Nawet ja.

- Więc? - zapytał pilot. Potem uczynił pauzę. - Chcesz, żebym przekazał tę groźbę ABC?

- Nikomu nie grożę - powiedział przemytnik pospiesznie. - Chcę tylko, aby wiedzieli, że tu robi się ciężko. Zresztą muszą o tym wiedzieć. Musieli słyszeć o tym Sillitoe. I weź pod uwagę, co Prezes napisał w swoim dorocznym raporcie. Napisał otóż, że nasze kopalnie tracą przeszło dwa miliony funtów rocznie z powodu przemytu i że tylko od rządu zależy, żeby położyć temu kres. A co to znaczy? To znaczy „Położyć kres” mnie!

- I mnie - powiedział pilot łagodnie. - Więc czego chcesz? Więcej forsy?

- Tak - odrzekł tamten z uporem. - Chcę większej doli. Dwadzieścia procent więcej albo muszę dać sobie spokój.

Próbował wyczytać w twarzy pilota zrozumienie.

- W porządku - powiedział ten obojętnie. - Przekażę wiadomość do Dakaru, skąd - jeśli ich zainteresuje - pchną ją, jak sądzę, do Londynu. Ale mnie nic to nie obchodzi i gdybym był tobą - pilot wyprostował się po raz pierwszy - nie wywierałbym na tych ludzi zbyt dużego nacisku. Potrafią być znacznie wredniejsi niż ten Sillitoe, Spółka czy którykolwiek rząd, o jakim słyszałem. Tylko na tym końcu szlaku trzech facetów umarło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Jeden, bo zdrefił. Dwóch, bo zgrandziło coś z przesyłki. I ty o tym wiesz. Parszywy wypadek zdarzył się twojemu poprzedniko­wi, nie? Dziwne wybrał miejsce na trzymanie gelignitu. Pod łóżkiem. Zupełnie do niego niepodobne. Zawsze, w każdej sprawie, był taki ostrożny!

Przez chwilę stali patrząc na siebie w świetle księżyca. Przemytnik diamentów wzruszył ramionami.

- W porządku - powiedział. - Tylko im powiedz, że nie mam lekko i że potrzebuję więcej forsy dla ludzi. To zrozumieją, a jeśli mają trochę oleju w głowie, dodadzą i dziesięć procent dla mnie. Jeśli nie... - Urwał w pół zdania i ruszył w stronę helikoptera. - Chodź, pomogę ci z paliwem.

Dziesięć minut później pilot wspiął się do kabiny i wciągnął za sobą drabinkę. Zanim zatrzasnął drzwiczki, uniósł dłoń.

- Tymczasem! - powiedział. - Widzimy się za miesiąc. Mężczyzna na ziemi poczuł się nagle samotny.

- Totsiens - powiedział z machnięciem ręki, które było niemal machnięciem kochanka. Alles van die beste.

Cofnął się i dłonią osłonił oczy przed kurzem.

Helikopter wykonał zwrot ku wschodowi, a potem nabiera­jąc wysokości i szybkości pomknął z warkotem szlakiem księżyca.

Mężczyzna na ziemi obserwował, jak odlatuje, unosząc na pokładzie diamenty wartości 100.000 funtów, które jego ludzie w ciągu minionego miesiąca podebrali z urobku i oboję­tnie podali mu na różowych językach, kiedy stał obok fotela dentystycznego szorstko pytając, gdzie boli.

Nie przestając mówić o zębach wyjmował kamienie z ich ust, oglądał je w świetle lampy dentystycznej, a potem cicho proponował 50, 75, 100; zawsze kiwali głowami, przyjmowali banknoty, by ukrywszy je w ubraniu wyjść z gabinetu niosąc jako alibi parę tabletek aspiryny w zwitku papieru. Musieli przyjmować jego cenę. Tubylcy nie mieli żadnych szans na wyniesienie diamentów. Gdy któryś z górników wychodził na zewnątrz - może raz w roku: odwiedzić swój szczep albo pogrzebać krewnego - musiał przejść przez całą procedurę prześwietleń i olejów rycynowych; jeśli został przyłapany, czekała go ponura przyszłość. A tak łatwo było pójść do gabinetu dentystycznego, wybierając dzień, kiedy On miał dyżur. I w dodatku rentgen nie wykazywał papierowych banknotów.

Mężczyzna zawrócił na wyboistym gruncie i wąskim szla­kiem ruszył ku przygranicznym wzgórzom Sierra Leone. Było je teraz widać wyraźniej. Zdąży do chaty Susie o samym świcie. Skrzywił się na myśl o uprawianiu z nią miłości pod koniec wyczerpującej nocy. Ale to musi być zrobione. Pienią­dze nie wystarczały na opłacenie alibi, jakie mu dawała. Pragnęła jego białego ciała. Potem jeszcze dziesięć mil do klubu na śniadanie i rubaszne żarciki kumpli.

„Udało się plombowanie, doktorku?”, „Słyszałem, że ma najlepszą parę buforów w Province”, „Powiedz, doktorze, co w ciebie wstępuje podczas pełni?”

Ale każdy stutysięczny transport oznaczał tysiąc funtów dla niego w londyńskim depozycie bankowym. W przyjemnych szorstkich piątkach. Warto było. Na Boga, warto. Ale już niedługo. Za żadne skarby! Mając dwadzieścia tysięcy da sobie spokój. A potem...

Z duszą pełną rozkosznych marzeń mężczyzna na motocyk­lu najszybciej, jak było można, tłukł się przez równinę - coraz dalej od wielkiego cierniowca, gdzie kanał przerzutowy naj­większej przemytniczej operacji świata zaczynał swój pokręt­ny szlak, by w odległości pięciu tysięcy mil znaleźć swój kres na delikatnych szyjach i ramionach.


2. KLEJNOTY WYSOKIEJ JAKOŚCI


- Nie wciskaj. Wkręć - powiedział M niecierpliwie.

James Bond, konotując w pamięci, by przekazać powiedzo­nko M Szefowi Sztabu, po raz kolejny podniósł z biurka lupę jubilerską i tym razem zdołał umieścić ją bezpiecznie w pra­wym oku.

Choć był już koniec czerwca i pokój kąpał się w blasku słońca, M włączył lampę na swym biurku i przechylił ją tak, że świeciła wprost na Bonda. Bond ujął brylant i podniósł do światła. Gdy obracał go między palcami, wszystkie barwy tęczy trysnęły z siatki faset i rychło migotanie zmęczyło mu wzrok.

Wyjął lupę i próbował pomyśleć o czymś sensownym do powiedzenia.

M spoglądał nań pytająco.

- Dobry kamień?

- Cudowny - odparł Bond. - Musi być wart kupę pieniędzy.

- Kilka funtów za obróbkę - powiedział M sucho. - To kawałek kwarcu. Spróbuj jeszcze raz.

- Zerknął na leżącą przed sobą listę, wybrał zawiniątko z bibuły i sprawdziwszy wypisany na nim numer rozpakował je i pchnął zawartość w stronę Bonda.

Bond odłożył kwarc i ujął drugą próbkę.

- Panu to łatwo, sir - uśmiechnął się do M. - Ma pan ściągę.

Na powrót wkręcił do oka lupę i podniósł pod światło klejnot - jeśli to w istocie był klejnot.

Tym razem, pomyślał, nie może być żadnych wątpliwości. Ten kamień miał również trzydzieści dwie fasety nad cargą i dwadzieścia cztery pod nią, ważył około dwudziestu kara­tów, ale zdawał się mieć serce z błękitnobiałego płomienia i słane z jego wnętrza nieskończenie rozmaite kolory raziły oczy Bonda jak oszczepy. Ujął w lewą dłoń kwarcową podrób­kę i przytrzymał obok diamentu pod swoją lupą. To był martwy kawałek materii, niemal matowy przy oślepiającej świetlistości diamentu, tęczowe zaś barwy, jakie dostrzegł parę chwil temu, były teraz toporne i bure.

Bond odłożył kawałek kwarcu i znów wpatrzył się w jądro diamentu. Zrozumiał teraz namiętności, jakie od stuleci budzi­ły te klejnoty, niemal seksualne uczucie rozniecane wśród tych, co je szlifowali i którzy nimi handlowali. Była w nich potęga piękna tak czystego, że niosło rodzaj prawdy, boskiej władzy, przed którą wszystkie inne rzeczy materialne obraca­ły się, jak ów kawałek kwarcu, w glinę. W ciągu tych kilku minut Bond zrozumiał mit diamentów i pojął, że nie zapomni nigdy tego, co znienacka dostrzegł w jądrze kamienia.

Odłożył klejnot i wypuścił na rozwartą dłoń lupę jubilerską. Spojrzał w czujne oczy M.

- Tak - powiedział. - Rozumiem. M opadł na oparcie krzesła.

- O to właśnie chodziło Jacoby'emu, kiedy jadłem z nim przedwczoraj lunch w Diamond Corporation - rzekł. - Powie­dział, że jeśli mam zamiar mieszać się w diamentowy interes, powinienem próbować zrozumieć, co się pod nim naprawdę kryje. Nie tylko milionowe sumy, wartość diamentów jako samoobrona przed inflacją czy sentymentalne zamiłowanie do diamentów w pierścionkach zaręczynowych albo coś w tym stylu. Powiedział, że trzeba zrozumieć namiętność do diamen­tów. Więc po prostu pokazał mi to, co ja pokazałem ci teraz. I - M lekko uśmiechnął się do Bonda - jeśli da ci to jakąkolwiek satysfakcję, dałem się nabrać na ten kawałek kwarcu tak samo jak ty.

Bond siedział nieruchomo i milczał.

- Teraz przelećmy przez resztę - powiedział M. Skinął w stronę leżącego przed sobą stosiku zawiniątek. - Oświadczy­łem, że chciałbym wypożyczyć trochę próbek. Chyba nie mieli nic przeciwko temu. Ten towar przysłali mi do domu dziś rano.

M zerknął na listę, rozwinął pakiet i pchnął go w stronę Bonda.

- Przez chwilę patrzyłeś na najlepszy - „Fine Blue-white”. Ten nazywa się Top-crystal, dziesięć karatów, szlif bagietowy. Bardzo piękny kamień, ale wart połowę tego, co Blue-white. Zobaczysz, że ma lekki odcień żółtawy. Cape, który pokażę ci w następnej kolejności, ma - wedle Jacoby'ego - zabarwienie brązowe, ale niech mnie diabli, jeśli je dostrzegam. Wątpię, czy może stwierdzić to ktokolwiek poza ekspertem.

Bond posłusznie podniósł Top-crystal. Przez następny kwa­drans M zaprezentował mu całą gamę diamentów, by skoń­czyć na cudownej serii klejnotów kolorowych - rubinowoczerwonych, błękitnych, różowych, żółtych, zielonych i fioleto­wych. Wreszcie pchnął przez biurko paczuszkę drobniejszych kamieni - wszystkie ze skazami, plamkami lub o nieczystym zabarwieniu.

- Diamenty przemysłowe - powiedział - nie zaś coś, co się nazywa klejnotami wysokiej jakości. Używane w narzędziach i tak dalej. Ale nie lekceważ ich. Ameryka zakupiła w ubieg­łym roku takich kamieni za pięć milionów funtów - a to tylko jeden z rynków. Bronsteen mi mówił, że takich właśnie diamentów używano podczas prac przy tunelu św. Gotharda. Przydatne są także dentystom do wiercenia w zębach. To najtwardsza substancja na świecie. Wieczna.

M wydobył fajkę i począł ją nabijać.

- I teraz wiesz o diamentach tyle samo, co ja.

Bond rozsiadł się na krześle, zerkając na kawałki bibuły i rozrzucone na czerwonym skórzanym blacie biurka M, połyskujące kamienie. Zastanawiał się, o co tu chodzi.

Zgrzytnęła zapalona zapałka i Bond obserwował, jak M ubi­ja w cybuchu fajki rozżarzony tytoń, a potem chowa zapałki do kieszeni i przechyla do tyłu krzesło, przyjmując swą ulubioną pozycję do medytacji.

Bond spojrzał na zegarek. Była 11.30. Pomyślał z przyjem­nością o swej wypełnionej dokumentami z napisem Ściśle Tajne tacy na korespondencję, którą porzucił z entuzjazmem, kiedy godzinę wcześniej wezwał go czerwony telefon. Miał sporą pewność, że nie będzie musiał brać się z nią za bary.

- Sądzę, że to robota dla ciebie - oświadczył Szef Sztabu w odpowiedzi na pytanie Bonda. - Wódz powiedział, że nie przyjmie przed lunchem żadnych telefonów i że na drugą umówił cię w Yardzie. Weź to pod uwagę.

Bond sięgnął po marynarkę i wychodząc ze swego gabinetu spostrzegł z satysfakcją, że jego sekretarka rejestruje pokaźny plik akt z inskrypcją Bardzo Pilne.

- M - powiedział Bond, kiedy podniosła nań oczy. - I Bili powiada, że mu to wygląda na robotę. Więc sobie nie myśl, że będziesz miała frajdę ze spychaniem tego towaru na moje biurko. Jeśli o mnie chodzi, możesz to wysłać do redakcji „Daily Express”. - Uśmiechnął się do niej. - Czy ten Sefton Delmer to nie twój chłopak, Lil? Materiał, jak mi się zdaje, w sam raz dla niego.

Spojrzała nań krytycznie.

- Ma pan przekrzywiony krawat - powiedziała zimno. - A w ogóle, to ledwie go znam.

Pochyliła się nad rejestrem, Bond zaś wyszedł z biura. Przemierzając korytarz myślał, że ma szczęście posiadać piękną sekretarkę.

Krzesło M skrzypnęło i Bond popatrzył nad biurkiem na człowieka, który posiadał wiele jego oddania, lojalności i po­słuszeństwa.

Podniosły się zamyślone szare oczy. M wyjął fajkę z ust.

- Kiedy wróciłeś z tych wakacji we Francji?

- Dwa tygodnie temu, sir.

- Dobrze się bawiłeś?

- Nieźle, sir. Pod koniec byłem trochę znudzony.

M powstrzymał się od komentarza.

- Przeglądałem twój arkusz personalny. Rezultaty z broni krótkiej wydają się utrzymywać w samej czołówce, walka wręcz zadowalająca, a ostatnie badanie lekarskie dowodzi, że jesteś w niezłej formie. M przerwał. - Rzecz w tym - podjął beznamiętnie - że mam dla ciebie dość ciężką misję. Chciałem się upewnić, czy jesteś w stanie troszczyć się o siebie.

- Oczywiście, sir - Bond był trochę urażony.

- Nie osądź tej roboty błędnie, 007 - powiedział M ostro. - Nie dramatyzuję mówiąc, że może być ciężka. Nie spotkałeś jeszcze wielu niebezpiecznych ludzi i niektórzy z nich są może zamieszani w ten interes. I niektórzy z najcwańszych. Więc się nie zaperzaj, kiedy dobrze się zastanawiam, zanim cię w to właduję.

- Przepraszam, sir.

- W porządku - M odłożył fajkę i pochylił się do przodu ze skrzyżowanymi na biurku ramionami. - Opowiem ci całą historię i będziesz mógł zadecydować, czy bierzesz sprawę. - Tydzień temu - powiedział M - złożyła mi wizytę jedna z grubych ryb Ministerstwa Skarbu. Przyprowadziła Dożywo­tniego Sekretarza Izby Handlowej. Chodziło o diamenty. Wygląda na to, że większość tak zwanych diamentów jubiler­skich wydobywa się na terytorium brytyjskim, a dziewięć­dziesiąt procent transakcji diamentowych ma miejsce w Lon­dynie. Za pośrednictwem Diamond Corporation. - M wzruszył ramionami. - Nie pytaj mnie dlaczego. Brytyjczycy opanowali ten biznes w początkach stulecia i zdołali go jakoś utrzymać. Teraz to olbrzymi obrót. Pięćdziesiąt milionów funtów rocz­nie. Największa kopalnia dolarów, jaką dysponujemy. Gdy więc coś w niej nawala, Rząd jest zaniepokojony. I oto, co się stało - M łagodnie spojrzał na Bonda. - Corocznie wymyca się z Afryki diamenty wartości co najmniej dwóch milionów funtów.

- To mnóstwo pieniędzy - powiedział Bond. - Dokąd trafiają?

- Mówi się, że do Stanów - odparł M. - Ja też jestem tego zdania. To niewątpliwie największy rynek na diamenty. I te ich gangi to jedyne organizacje, które mogą przeprowadzić operację na taką skalę.

- Dlaczego spółki kopalniane tego nie pohamują?

- Uczyniły wszystko, co w ich mocy - odparł M. - Czytałeś prawdopodobnie w gazetach, że De Beers zatrudnił naszego przyjaciela Sillitoe, kiedy ten opuścił MI5; jest tam teraz, współpracuje z południowoafrykańskim bezpieczeństwem. Wnioskuję, że wygotował dość drastyczny raport i wpadł na wiele błyskotliwych pomysłów, jak wziąć wszystko w garść, ale Skarb i Izba Handlowa nie są do nich zbyt przekonane. Uważają, że afera jest za duża, aby mogły jej sprostać oddziel­ne, chociaż efektywne w działaniu spółki. I mają jeden bardzo ważny powód, aby pragnąć podjąć we własnym zakresie akcję oficjalną.

- Jaki, sir?

- W tej właśnie chwili jest w Londynie duża przesyłka szmuglowanych diamentów - powiedział M, a jego oczy błysnęły nad biurkiem ku Bondowi. - Czeka na przerzut do Stanów. Zaś Wydział Specjalny wie, kto będzie kurierem. Wie także, kto go podczas podróży będzie miał na oku. Ledwie Ronnie Vallance wpadł na tę historię - dostał o niej cynk agent z jego grupy antynarkotycznej w Soho, albo „Widmowej Brygady” jak ją Ronnie woli nazywać - pobiegł wprost do Ministerstwa Skarbu. Skarb pogadał z Izbą Handlową i obaj ministrowie ruszyli do premiera, który dał im pełnomocni­ctwa na wykorzystanie wywiadu.

- Czemu nie miałby się tym zająć Wydział Specjalny, sir? - zapytał Bond, któremu przeszło przez myśl, że M przeżywa chyba trudny okres mieszania się w nie swoje sprawy.

- Oczywiście, mogliby zaaresztować kurierów, ledwie ci przejmą towar i spróbują opuścić kraj - odparł M ze zniecierp­liwieniem. - Ale to nie powstrzyma przerzutów. Ten rodzaj ludzi nie gada, zresztą kurierzy to tylko płotki. Prawdopodob­nie otrzymują towar od faceta w parku i znalazłszy się za oceanem przekazują go innemu facetowi w parku. Jedyny sposób dotarcia za kulisy całej afery, to podążyć szlakiem przerzutowym i przekonać się, gdzie w Ameryce ma swą metę. I obawiam się, że FBI nie okaże się zbyt pomocne. To tylko mała cząstka ich walki z dużymi organizacjami przestę­pczymi. Poza tym ta historia nie szkodzi Stanom - wręcz przeciwnie. Traci tylko Anglia. Wreszcie Ameryka jest poza jurysdykcją policji i MI5. Tylko wywiad może podjąć tę robotę.

- Tak, rozumiem - powiedział Bond. - Ale czy mamy jeszcze jakieś punkty zaczepienia?

- Czy słyszałeś kiedyś o Domu Diamentów?

- Tak, rzecz jasna, sir - odparł Bond. - Wielcy jubilerzy amerykańscy. Przy Zachodniej 46 Ulicy w Nowym Jorku i Rue de Rivoli w Paryżu. Mam wrażenie, że obecnie zajmują pozycję równie bez mała wysoką, jak Cartier, Van Cleef i Boucheron. Po wojnie bardzo porośli w piórka.

- Tak - powiedział M - to oni. Również w Londynie mają niewielki lokal. Hatton Garden. Kiedyś należeli do najwięk­szych nabywców podczas comiesięcznych aukcji w Diamond Corporation. Ale od trzech lat kupują coraz mniej. Choć, jak słusznie mówisz, z roku na rok sprzedają coraz więcej biżuterii. Muszą te diamenty skądś dostawać. To Skarb wymienił ich firmę na przedwczorajszej naradzie. Ale nic przeciwko nim nie mogę wygrzebać. Londyńską filią kieruje jeden z ich najważniejszych ludzi. Niejaki Rufus B. Saye. Niewiele o nim wiadomo. Codziennie lunch w Klubie Amery­kańskim na Picadilly. Golf w Sunningdale. Nie pije i nie pali. Mieszka w Savoyu. Wzorowy obywatel. - M wzruszył ramio­nami. - Ale diamenty to miły, uporządkowany rodzaj rodzin­nego biznesu, a odnosi się wrażenie, że w Domu Diamentów coś nie pasuje. To wszystko.

Bond uznał, że czas zadać pytanie za sześćdziesiąt cztery tysiące dolarów.

- A jaki to ma związek ze mną, sir?

- Masz spotkanie z Vallance'em w Yardzie M zerknął na zegarek - za godzinę. On cię wprowadzi. Zamierzają dziś wieczorem zdjąć kuriera i ciebie wysłać na szlak zamiast niego.

Palce Bonda zacisnęły się lekko na poręczach krzesła.

- A potem?

- A potem - powiedział M rzeczowo - przeszmuglujesz te diamenty do Ameryki. Taki przynajmniej jest pomysł. Co o nim myślisz?

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11



Похожие:

Bond schyłku dziewiątej dekady iconIan Fleming's James Bond 007 in

Bond schyłku dziewiątej dekady iconOne's own Kingman, Christ person, Woman God. At battle with a mass astrengent. The bond

Bond schyłku dziewiątej dekady iconДокументы
1. /Fleming, Ian - James Bond - Thunderball.pdf
Bond schyłku dziewiątej dekady iconДокументы
1. /Markham, Robert - James Bond - LiebesgrьЯe aus Athen.pdf
Bond schyłku dziewiątej dekady iconДокументы
1. /John Gardner - James Bond - Sieg oder stirb.pdf
Bond schyłku dziewiątej dekady iconДокументы
1. /John Gardner - James Bond - 1986 - Niemand lebt fьr immer.pdf
Разместите кнопку на своём сайте:
Документы


База данных защищена авторским правом ©podelise.ru 2000-2014
При копировании материала обязательно указание активной ссылки открытой для индексации.
обратиться к администрации
Документы